Mamo, nie idź...

- Mamusiuuu! Mamusiu, zlup nam śniadankooo...- jedna z 3 letnich bliźniaczek, blond włosy aniołek z potarganą czupryną i w wyciągniętej koszulince sięgającej połowy łydek stanęła przy kanapie, na której spoczywała pochrapując lekko, na oko trzydziestoletnia kobieta. Kobieta kiedyś piękna, zgrabna, zadbana... Teraz miała przedwcześnie pogłębione bruzdy w okolicach ust i stalowoszarych oczu. Makijaż rozmazany po nocnych szaleństwach zdobił niegdyś śnieżnobiałe, teraz szare, zaplamione prześcieradło i poszewkę zszarganej poduszki.

Odpowiedziało jej bliżej niezidentyfikowane mruknięcie. Kalinka wiedziała, że teraz powinna pójść do kuchni, omijając suche okruchy leżące na lepkiej, kuchennej podłodze, wiedziała bowiem jak głośno płacze się kiedy delikatna dziecięca stópka nadepnie zbyt pewnie na ten niewinny zbitek mąki i wody. Powinna również, najciszej jak to możliwe,  
żeby nie obudzić zmęczonej mamusi, otworzyć dolną szafkę, wyjąć płatki, miseczki, mleko i ćśśśś... cichutko zrobić śniadanko sobie i siostrzyczce, która jeszcze śpi, bo chyba wczoraj nie czuła się najlepiej. Mała Lenka płakała i mówiła, że boli ją główka. Kalinka prosiła mamusię, żeby nie wychodziła, ale mamusia miała plany... Znów była zakochana... a kiedy była zakochana, była taaaka szczęśliwa!!! I może w końcu Małe Lenka i Kalinka będą miały tatusia? Takiego, który zabierałby je na spacery, i do parku, i do lasu? I może zabrałby je do zoo, a one tak strasznie chciałyby zobaczyć słonia, słonie są takie zabawne, i mają takie fajne trąby. Lenka mówiła kiedyś, że chciałaby być słoniem. Swoją długą trąbą pomagałaby mamusi wkładać do wózka w sklepie te ciężkie szklane butelki, z soczkiem, którego nie wolno im próbować! Bo to soczek tylko dla dorosłych, i nie pije się go z normalnego, zwykłego kolorowego kubka, o nie! Tylko z takich ślicznych małych szklaneczek które prawie mieszczą się w dłoni, i na dodatek całą zawartość można wypić, jednym, no wyobraźcie sobie, JEDNYM łyczkiem! A potem wszyscy się śmieją, tańczą i śpiewają, Kalinka nie lubi tylko tych pa... papie.. parpie..., no tych, co dorośli wkładają do ust i zapalają, a potem powietrze robi się gęste i nieładnie pachnie. I Lenka zaczyna się krztusić, i pewnie powiedziałaby mamusi, ale mamusia byłaby zła, gdyby w trakcie zabawy ktoś mamusi przeszkadzał... Przecież same też nie lubiły, kiedy ktoś przerywał im budowanie z klocków domku Baby- Jagi …

Dziewczynki powoli kończyły śniadanie, kiedy mama z głośnym jękiem otworzyła oczy. Światło wpadające przez matową taflę niemytego dawno okna wbijało się w podstawę czaszki i skronie niczym wiertło. Irytujące, głośne i uniemożliwiające swobodne myślenie. Potykając się o pozostawione w nieładzie na podłodze buty na wysokim obcasie poczłapała do łazienki, w poszukiwaniu tabletek przeciwbólowych. Przelotnie rzuciła okiem na dziewczynki przy stole. Lenka wydała się jej trochę niewyspana i zmęczona, siedziała podpierając głowę na łokciu i zamiast jeść wpatrywała się w miseczkę z płatkami.  
- Mamusiu? Źle się cujes? - w głosie kalinki słychać było zaniepokojenie i powagę nieadekwatną do wieku dziewczynki.
- Tak, kochanie, mamusię boli głowa, ale zaraz mi przejdzie, wezmę tylko lekarstwo.  
- Lenka tes chyba źle się cuje. Nie je nawet płatków, a ja tak się starałam...  
Kobieta podeszła do córki młodszej o kilka minut od swojej starszej siostry. Przyłożyła dłoń do jej wilgotnego, rozpalonego czółka. Lenka spojrzała na nią i zmęczonym głosikiem zakomunikowała, że źle się czuje. Dodała jeszcze
- Mamusiu... miałam zły sen... Wołałam Cię. Ale nie psysłaś i Linka mnie psytuliła, i ja zasnęłam znowu.
Linka, to było pieszczotliwe określenie dla siostrzyczki, którego mała używała odkąd tylko nauczyła się mówić. Najpierw było jej łatwo, a później nawet sąsiedzi zaczęli tak nazywać bliźniaczkę. Dla wszystkich wokół były Linką i Lenką. Dwiema słodkimi dziewczynkami, które wychowywały się pod okiem uzależnionej od alkoholu i narkotyków matki, która co prawda często zostawiała dziewczynki same, bo sama uganiała się za nową miłością, albo nową butelką... Ale w gruncie rzeczy przecież nic strasznego się nie działo... Małe nie były głodne, nie były bite, nikt ich nie maltretował... Po co się wtrącać? Kiedyś to była szczęśliwa rodzina, ale kiedy Robert zginął w tym strasznym wypadku... Ehhh, wszyscy wokół czasem wspominają tę historię, jako dowód na przewrotność, złośliwość i nieuchronność ludzkiego losu...  
Anka i Robert byli szczęśliwą parą, zakochani w sobie od ostatniej klasy liceum. Ona zaczęła studiować rachunkowość, ale przerwała studia, kiedy na świecie pojawiły się córeczki. On skończył wydział chemii użytkowej na jednej z Wrocławskich uczelni wyższych. Z jednej wypłaty nie było im łatwo żyć, ale dawali sobie radę. Liczyło się to, że są rodziną i że mają swoje małe śliczne cudeńka, które głośnym płaczem obwieściły swoje przyjście na świat. Pełnia szczęścia nastąpiła, kiedy Robert zmienił pracę i nie musiał dojeżdżać już do Wrocławia z oddalonego o 80 km niewielkiego miasteczka na południowym zachodzie kraju. A dodatek dostał podwyżkę, która pozwoliła całej rodzinie na w miarę bezproblemowe funkcjonowanie.  
W końcu, po tylu latach związku Anka i Robert zdecydowali się wziąć ślub. Cywilny zaplanowany był na tydzień przed kościelnym. Uroczystość była skromna, tylko oni, najbliższa rodzina, świadkowie i para znajomych, którzy mieli zostać rodzicami chrzestnymi dziewczynek. Chrzest miał mieć miejsce tuż przed zaślubinami w kościele. Robert uparł się, żeby zaprosić na tę podwójną uroczystość swojego obecnego, nowego szefa, który przecież dał mu znacząco większe wynagrodzenie i tak naprawdę umożliwił realizację tych wszystkich planów.  
Wybrał się więc do firmy pewnego pięknego słonecznego dnia. Nie mógł przecież przewidzieć, że ktoś nie pomyślał o konserwacji przewodów gazowych w budynku... Nie mógł przewidzieć, że gdy znajdzie się w środku, jakaś nieświadoma niczego iskra wywoła potężny wybuch, który pozbawi okien wszystkie okoliczne kamienice...  
I że nowo poślubiona, piękna żona rozpozna go tylko po obrączce z grawerem na spodniej części "Dopóki śmierć nas nie rozłączy” i dat …  
Anka została sama. Z dwójką dzieci, które im starsze tym bardziej przypominały jej Roberta. Każdy uśmiech, każda długa rzęsa na delikatnych powiekach przypominała jej o tym, co straciła. Dziewczynki były jeszcze zbyt małe, by pytać o tatę, ale Anka już teraz była pewna, że nie przeżyje ani jednego takiego pytania. Do tego problemy finansowe. Nikt przecież nie mógł jej pomóc... Matka? Ze swoją skromną emeryturą, która ledwie starczała na podstawowe potrzeby, nie mówiąc o lekach, których niemal siedemdziesięcioletnia kobieta potrzebowała coraz więcej... Rodzina Roberta też jakoś nie paliła się do pomocy. Bardzo szybko uznali ją za pasożytniczego osobnika, który ułożył sobie plan... Siedzieć wygodnie w domu, bez szkoły, z dzieciakami, na spacerkach i kawkach z koleżankami, a biedny synek, taki zdolny przecież, będzie pracował całymi dniami na to wszystko...  
Tak więc Anka, najpierw, wstawała rankiem pchana tylko instynktem macierzyńskim, którego żadna tragedia nie była w stanie zagłuszyć. Karmiła dziewczynki i przewijała, kąpała, sprzątała robiła co mogła, żeby te bezbronne istoty miały wszystko, czego potrzebują. Chwytała wszystkie dorywcze prace, jakie tylko wpadały jej w ręce. Sprzątała, była kelnerką, barmanką... Wszystko, do momentu, aż matka mogła zając się dziećmi. Wszystko, do pierwszego udaru, który sprawił, że stara kobieta sama zaczęła wymagać opieki.  
Wtedy pierwszy raz Anka sięgnęła po kieliszek. Nie była głupia. Wiedziała, że to nie jest rozwiązanie. Ale tak dużo łatwiej płakało się, kiedy w głowie szumiały procenty, tak łatwo było wtedy zapomnieć... albo paradoksalnie pamiętać.  
Każdy wieczór zaczął wyglądać podobnie. Kąpanie i układanie do snu dziewczynek, a potem rozmowa z kieliszkiem, który wszystko rozumiał i wyciągał zawsze pomocną dłoń... Pozwalał zapomnieć. Rankiem brała podwójny bliźniaczy wózek i robiła obchód po kościołach. Prosiła o jedzenie, produkty podstawowej potrzeby, środki czystości. Czasem się udawało, a czasem z wypiekami na twarzy trzeba było poprosić sąsiadkę o szklankę mleka, żeby zrobić dziewczynką kaszkę manną. Nie mogła iść do pracy, bo nikt przecież za darmo nie zajmie się dwójką dzieci... taki zamknięty krąg.  

Pierwsza propozycja seksu za pieniądze pojawiła się, kiedy Anka próbowała ukraść kilka rzeczy z niewielkiego spożywczaka po drugiej stronie miasta. Ochroniarz bardzo dosłownie ujął w słowa, jaki zna sposób na rozwiązanie wszystkich jej problemów... Oburzyła się, popłakała z wściekłości, a potem... realizm jak ostrym nożem odciął jej żal i wstyd. Zgodziła się. To nie było nawet takie trudne. Kładła dziewczynki spać, na popołudniowej drzemce i cichcem wymykała się z domu. Niedaleko z reguły czkał na nią samochód, który wiózł ją do hotelu, tam... dawała odrobinę rozkoszy nieznajomemu panu z brzuszkiem, który później grzecznie wracał do żony i rodziny... Ona natomiast wracała do domu, brała gorący prysznic i z całej siły szorując ciało gąbką zmywała z siebie ślady nasienia i rąk, których wcale nie chciała czuć.. Ale to wszystko JEGO wina!!!  
Robert, jak mogłeś mnie zostawić...?! Jak mogłeś? Łkała siedząc na dnie brodzika, obejmując kolana ramionami, czując jak strumienie wody rozmasowują obolałe ciało.
Anka zaczęła palić, a każdy wieczór kończyła kilkoma lampkami średniej jakości wina, albo kieliszkami czystej. Po kilku miesiącach, sił zaczęła dodawać jej amfetamina, która na dodatek spowodowała utratę kilku nadprogramowych kilogramów.  

Z letargu wyrywał ją płacz której z dziewczynek, które budziły się ze snu, witała je jak gdyby nic się nie stało, a one rosły w słodkiej nieświadomości.  
Jej psychika natomiast... była w bardzo drobnych, nie do poskładania kawałeczkach. Na dodatek właściciel mieszkania, które wynajmowała podniósł czynsz tak drastycznie, że zastanawiała się nad zmianą. Ale gdziekolwiek by nie pytała, nikt nie chciał samotnej matki z dwójką dzieci, na dodatek bez umowy o pracę... Poza tym... Każdy kawałeczek porysowanej kredkami ściany budził wspomnienia. Nie... musiała zrobić wszystko, żeby móc tutaj zostać. Nie myślała długofalowo. Tylko o tym, żeby mieć co włożyć do garnka i opłacić mieszkanie. Żeby dziewczynki mogły żyć normalnie...  



Anka sprawdziła w apteczce. Żadnego paracetamolu, ani ibuprofenu w syropie. Nic. Musiała iść do apteki. Ale jak... Przecież Lenka z gorączką nie może iść, a samej też jej nie zostawi...
- Kalinko... położymy Lenkę do łóżeczka, popilnujesz jej, a ja pobiegnę do apteki po syrop dobrze?
- Mama, nie idź...- poprosiła Kalinka zaszklonymi od łez oczami. Mama znów pójdzie i tak długo jej nie będzie. A Lenka znów będzie miała złe sny...  
- Muszę, tylko doprowadzę się do porządku. Idę i zaraz wracam. Nawet nie obejrzycie się, a ja będę już powrotem.  
To mówiąc wbiegła do łazienki, umyła twarz zmywając resztki rozmazanego makijażu, w pośpiechu jeszcze zapaliła papierosa szukając w torebce portfela. Wybiegła na klatkę schodową, po czym zorientowała się, że jest na boso... wróciła więc do domu, wrzuciła tlący się niedopałek do popielnicy i naciągnęła szybko płaskie baleriny. Rzuciła jeszcze okiem do pokoju dziewczynek. Kalinka zasnęła opowiadając Lence bajeczkę. Dziewczynki były takie... takie warte tego wszystkiego, co robiła... Dla nich warto było nie móc spojrzeć sobie rano w oczy w łazienkowym lusterku.  
Po kilku minutach dotarła do apteki oddalonej od domu o kilka minut drogi. Kolejka była nadzwyczaj długa, ale Anka wiedziała, że dziewczynki pośpią przynajmniej 40 minut. Zdąży jeszcze zanim się zbudzą. Kiedy dotarła do kasy i prosiła już o leki, musiała powtórzyć prośbę, bo zagłuszył jej dźwięk syren dobiegający zza budynku. Odczekała więc chwilę, i poprosiła farmaceutkę o syrop odpowiedni dla dziecka w wieku trzech lat.  
Wracając do domu zastanawiała się, co też mogło się wydarzyć. Syreny zawsze powodowały, że dreszcz strachu przebiegał jej po plecach. Szczególnie od wypadku Roberta. Zawsze zastanawiała się, kto teraz będzie przeżywał to co ona kilkanaście miesięcy temu. Jednak tym razem niepokój był inny. Mocniejszy. Bardziej osobisty. Nie dawał spokoju i powodował przyspieszenie kroku. W końcu zaczęła biec. W"swoim” podwórku ujrzała migające światła samochodów straży pożarnej, policji i karetki pogotowia. Wokół utworzyło się zbiegowisko ludzi. Chyba wszyscy mieszkańcy miasta przeteleportowali właśnie tutaj. Właśnie teraz. Docierały do niej strzępki informacji od strażaków, od gapiów.  
- Jak można zostawić dzieci same...
- Ta biedna kobieta …
- Jaka biedna, dziwka zwykła była...
-Panie, co Pan, nie wiesz co przeszła? Mało jej jeszcze?

- Są ofiary!
- Reanimuj! Szybko! Trzymaj defibrylator!  
- Remek, nie ma sensu, one nie żyją. Zaczadziły się.  
Strażak o usmolonej twarzy, którą widać było kiedy tylko zdjął kask schował się do samochodu, żeby ukryć łzy. Młody był. To jego pierwsza akcja ratownicza.  

Zacza... O matko Boska! Kto się zaczadził! Anka przestała oddychać. Ustami otwartymi w niemym krzyku, z twarzą wykrzywioną w koszmarnym grymasie bólu patrzyła, jak strażacy, na noszach przykrytych białym prześcieradłem, wynoszą z kamienicy dwie małe istotki, dwa małe, śpiące anioły. W głowie dudniły jej z nadludzką siłą cienkie głosiki...

- Mamusiu, zostań, nie idź...



Ta historia niestety miała miejsce naprawdę.

5 940 czyt.
8721100% 2
likeadream

likeadream opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 2543 słów i 14350 znaków. ·

Komentarze (3)

 
  • Lena3003 (niezalogowana)

    ~Lena3003 (niezalogowana) · ip:46.112.101.* · 22 lis 2014

    Cholera. Cholernie smutna i cholernie prawdziwa historia. Tymczasem narracja idealna - szczerze gratuluje.

  • likeadream

    likeadream 22 lis 2014

    Nie nie, to nie moja historia na szczęście. Ale niestety, choć nie w pełni w takim kształcie, to wydarzyło się naprawdę.

  • nienasycona

    nienasycona 22 lis 2014

    Miałam naprawdę dobry dzień, później byłam zła, bo mój facet mnie wkur...zdenerwował, a teraz mam doła. ..Napisane bardzo dobrze, świetnie, że ujęte nie tylko z jednej perspektywy. Domyślam się, że nie o Tobie, że to fikcja, ale wyziera z tego Twoja bezsilność i smutek. Chyba, że ( a bardzo bym tego chciała) się mylę. Tak, czy owak, pozdrawiam, ale uprzedzam, że więcej Twoich dramatów czytać nie będę, bo ciężko mi się potem pozbierać.