Historia stworzenia cz.2

Jakby się chciało policzyć, to było ich prawie tylu, co palców na rękach moich, Ahy i jeszcze jednej samicy. Nawet gdyby każdy miał dostać tylko jedną z nas, to i tak nie wystarczyłoby dla wszystkich. A zasady były proste – trzy samiczki dla zwycięzcy. Przyglądałyśmy się młodym wojownikom, zastanawiając się, z którym przyjdzie nam żyć. Wielu z nich było postawnych, mocno zbudowanych i przepełnionych agresją. Jednak jeden wyraźnie się wyróżniał – miał jasną sierść. Wśród nas, pokrytych czarną, jedynie nieliczne osobniki, którym udało się dożyć sędziwego wieku, miały futro przetykane srebrnym włosiem. Ten samiec w kolorze suchych traw, musiał przybyć z bardzo daleka. Gdy mu się przyglądałam, zauważyłam że przewyższa naszych o głowę. Był naprawdę potężny. Zdawało się, że z taką posturą i siłą, nie znajdzie sobie równego w walce.  
     Spojrzałam na jego chędożnika – też był inny niż samców, których widywałam od urodzenia. Miał jasną skórę i krwistobordową końcówkę. Podniecony zbliżającą się walką i nadzieją chędożenia po zwycięstwie, stał dumnie wyprężony, prezentując wielkie męstwo jego posiadacza. Wiszący pod nim orzeszek, nie sprawiał wrażenia szczególnie zasobnego w mleczko. Rozejrzałam się po innych młodych samcach i stwierdziłam, że wszyscy stoją w pełnej gotowości, zarówno do walki, jak i chędożenia. Niestety, nie wszyscy będą mieli szczęście, by załapać się na to drugie. Ich maczugi prężyły się, napinając skórę worka skrywającego orzeszek. Miały przeróżne rozmiary i kształty – jedne były całkiem proste, inne skrzywione w prawo lub w lewo, jedne wygięte w łuk do góry, inne w dół. Niektóre grube jak przedramię samicy, inne niewiele grubsze od palca. Jednak nie miało to dla mnie żadnego znaczenia, widziałam jak krótko trwa chędożenie i wiedziałam, że służy ono tylko nakarmieniu nasionka, które nosi w sobie samica. Wtedy jeszcze nie miałam świadomości, że może też dawać rozkosz.
     Samym walkom nie przyglądałam się. Nigdy nie interesowały mnie te samcze rywalizacje. Zresztą i tak nie miałam żadnego wpływu na to, kto z nich zwycięży i które samiczki wybierze. To do czyjego stada trafię, było czystą loterią, więc nie zaprzątałam sobie tym głowy. Czas oczekiwania spędziłyśmy na bliskości i pieszczotach, bo przeczuwałam, że zostaniemy z Ahą rozdzielone. Przytulone do siebie dotykałyśmy się ustami, a nasze dłonie pieściły piersi i szparki. Po spełnieniu, leżałyśmy wtulone w siebie, oczekując na to, co przyniesie nam los.  
     Tak jak się spodziewałam – zwyciężył jasnowłosy olbrzym z daleka. Kazano nam się ustawić w rzędzie, wzdłuż którego się przeszedł, wybierając trzy młode samice. Byłam wśród nich – widocznie dla niego długie nogi stanowiły atut. Samiec dla potwierdzenia i okazania wszystkim swojej męskości, od razu przystąpił do prokreacji. Z pierwszą samiczką poszło mu bardzo szybko – zalał jej norkę mlekiem, które wymieszane z odrobiną krwi aż wyciekało, nie mieszcząc się w małej przestrzeni, wypełnionej jego chędożnikiem. Gdy ustawił w pozycji prokreacyjnej drugą z wybranych, wciąż był twardy tam na dole, więc wszedł w nią ostro i zdecydowanie, bez żadnych ceregieli zrywając wianek i chędożąc tym razem trochę dłużej niż poprzedniczkę. Starszyzna przyglądała się z aprobatą, a kolejni do wybierania samic z niecierpliwością. Jednak rytuał nakazywał czekać, aż zwycięzca posiądzie wszystkie swoje nagrody.  
     Gdy druga z samic została napełniona jego mlekiem, przyszła pora na mnie. Ustawiłam się w tradycyjny sposób, wypinając swoją chędożkę, przygotowana na przyjęcie wypełnienia. Okazało się jednak, że wyczerpanie walką i dwa chędożenia pod rząd, spowodowały lekkie opadnięcie maczugi. Była zbyt miękka, by wcisnąć się w moją ciasną norkę. Samiec jednak nie zamierzał się poddać. Gdyby nie podołał, starszyzna mogłaby uznać, że mimo zwycięstwa w walkach, nie zasługuje na trzy dorodne samiczki. Podszedł więc do mnie z przodu i wetknął mi do ust swojego węża, miękkiego jak flak, pachnącego chędożką poprzedniej samiczki i mokrego od samczego mleka. Wszyscy byli zdumieni, bo nikt wcześniej nie widział takich rzeczy, a najbardziej byłam zaskoczona ja. Nie wiedziałam, co mam zrobić z wypełniającym moje usta kawałem mięsa, ale samiec nie pozwolił mi długo się nad tym zastanawiać.  
     Złapał mnie za włosy i zaczął wsuwać i wysuwać ze mnie swoją męskość. Chędożył moje usta miękkim kołeczkiem. Czułam na języku, jak powoli zaczyna twardnieć, uderzając o podniebienie, jak chce się wcisnąć do gardła, ale sposób w jaki mnie trzymał i posuwał moje usta, ku mojemu zdziwieniu, spowodował zwilgotnienie pomiędzy udami. Tak mnie to podnieciło, że puściłam soki. Wtedy uwolnił moją głowę i wyjął z buzi twardą maczugę. Łapiąc mnie mocno za biodra, wbił się z impetem w oślizłą gorącość mojej kobiecości. Jęknęłam, czując wypełniającego mnie chędożnika. Teraz nie miało znaczenia, czy jest jasny, czy ciemny, krótki, czy długi, gruby, czy cienki, prosty, czy krzywy. Liczyła się tylko przyjemność z wypełnienia, chędożenia i spełnienia swej samiczej roli. Ale nie tylko to, bo po dwóch kopulacjach, nie zapowiadało się na szybkie zakończenie trzeciej.  
     Im dłużej mnie nabijał na swój pal, tym bardziej miękły mi nogi, po ciele zaczynał rozchodzić się impuls, znany ze wcześniejszych doświadczeń z Ahą, czy magicznym kamieniem. Zaczęłam jęczeć z rozkoszy, aż w końcu zadrżałam, szczytując z krzykiem, a moja norka zaciskała się rytmicznie na wypełniającym ją konarze. To nie mogło pozostać bez reakcji samca – on także szczytował. Poczułam po raz pierwszy w życiu, pulsowanie męskiego organu w swoim wnętrzu i towarzyszące mu uderzenia mleczka w ścianki mojej chędożki. Gdy wysuwał się ze mnie, wymęczony i wpółmiękki, niekontrolowanie opróżniłam pęcherz, sikając strugami gorącego moczu, na uda własne i samca, jakby zaznaczając swój teren. To skutek niesamowitego odprężenia, po przeżytej ekstazie. Nikogo z obserwujących nasz akt, to nie obchodziło. Czynności fizjologiczne były przez wszystkich traktowane jak naturalna oczywistość. I tak zostałam samicą! Prawdziwą, nie młodziczką!  
     Nasz samiec po okazaniu swojej dominacji i męstwa, nie zamierzał pozostawać w Gaju Wymiany ani chwili dłużej. Chciał jak najszybciej oddalić się stamtąd, by uniknąć niebezpieczeństwa spotkania z hordą młodzików, którym nie powiodło się w walkach, a którzy jednocząc się w większe grupy, mogliby próbować odebrać samice pojedynczemu osobnikowi. Zwłaszcza takiemu z dalekiej krainy. Obcemu. W dodatku różniącemu się od nich kolorem sierści. Dlatego nie zwlekając, odciągnął nas ze skupiska ludzi, przyglądających się wybieraniu samic i kopulacji z nimi. Skierował się na północ, biegnąc równym tempem. Grzecznie podążyłyśmy za nim, bo teraz był naszym przewodnikiem i obrońcą. W ten sposób rozstałyśmy się na zawsze, ze znanym nam światem i ludźmi.
     Wędrowaliśmy całymi dniami, z krótkimi tylko postojami na odpoczynek. Podczas każdego z nich, nasz samiec – miał na imię Rag – chędożył zazwyczaj dwie z nas. Jedną po drugiej. Potem odpoczywał, a my rozchodziłyśmy się po okolicy, w poszukiwaniu owoców, jagód, ziaren, orzechów – czegokolwiek nadającego się do jedzenia. Gdy wracałyśmy, oddawałyśmy mu część naszych zbiorów aby się posilił, a on nabrawszy animuszu chędożył trzecią, tę pominiętą podczas poprzednich kopulacji. Trzeba mu przyznać, że obdzielał nas swoim mlekiem sprawiedliwie.
     Noce spędzaliśmy na drzewach, ze względów bezpieczeństwa. Zazwyczaj szukaliśmy takich miejsc, żeby w pobliżu znajdowała się jakaś woda – rzeka lub jezioro. To nam dawało nie tylko możliwość zaspokojenia pragnienia, ale także głodu. Rag bardzo sprawnie wykonywał z gałęzi wierzby, znakomite pułapki na ryby. Wiedział też, w jakim miejscu należy je ustawić, aby połów był obfity. My wcześniej nie posiadłyśmy tych umiejętności, bo strumienie przepływające przez znane nam okolice, były płytkie i ryby łapało się w nich ręcznie. Trzeba było cierpliwie czekać aż ryba podpłynie, a potem szybkim ruchem wyrzucić ją na brzeg. Inną metodą było polowanie z oszczepem, zakończonym ostrymi kolcami, którymi przebijało się przepływającą zdobycz. Podczas wędrówki na północ, natrafialiśmy na wielkie rzeki, w których mętnych wodach nie było widać ryb, więc tylko znajomość sztuki Raga, pozwalała nam rankiem wyjmować pułapki wypełnione rybami. Jedliśmy je na surowo, bo szkoda było czasu na rozpalanie ognia. Na to mogliśmy sobie pozwolić tylko wieczorem.
     Wieczór rozleniwiał. Byliśmy zmęczeni podróżą, ale najedzeni i rozgrzani ciepłem ogniska. Wtedy chędożenie wyglądało zupełnie inaczej, niż podczas krótkich postojów w czasie marszu. Rag bez pośpiechu łapał jedną z nas za biodra i wchodził w nią delikatnie. Teraz nigdzie się nie spieszył, więc powolnymi ruchami bioder, wsuwał i wysuwał swoje blade przyrodzenie. Był dużo wytrwalszy niż podczas pierwszego chędożenia. Poza tym, wielokrotnie w ciągu dnia, napełniał nas swoim mlekiem, więc wieczorem długo trwało zanim szczytował. Ale pozwalało to także samiczkom doczekać spełnienia. W skutek długiego chędożenia wieczorem, nie był w stanie brać jedną po drugiej. Potrzebował dłuższych przerw na regenerację. Nauczyłyśmy się jednak stawiać go do pionu.  
     Gdy zbyt długo nie zabierał się za kolejny tyłek, pamiętając jak podziałało to podczas pierwszego chędożenia, przystępowałyśmy do lizania jego orzeszka i kołeczka. Bardzo lubiłyśmy to robić, a samiec nie protestował. Miałam wrażenie, że wręcz za tym przepadał. Czasem robiłyśmy to we dwie, bo bardzo zżyłam się ze swoimi towarzyszkami, dzieląc się klejnotami po równo. Jedna ssała woreczek z orzeszkiem, a druga lizała czerwoną głowę węża. Nie trzeba było długo czekać, by stwardniał. Wtedy wystarczyło tylko wypiąć swoją chędożkę, by za moment poczuć wjeżdżającą w nią twardą dzidę. Tak bardzo się przyzwyczaiłam do cowieczornej kopulacji, że chyba nie mogłabym zasnąć bez niej. Potrzebowałam jej jak powietrza do oddychania, jak ryba wody.
     Któregoś wieczoru, gdy zaspokoił już wszystkie nasze potrzeby, Rag oddalił się, by po chwili wrócić z długim leszczynowym kijem. Przyglądałam się, co zamierza z nim zrobić. Najpierw okorował go całego, a następnie kamiennym nożem wyżłobił dwa rowki, na przeciwległych końcach. Potem kij utwardził nad ogniem. Do jednego z rowków, przywiązał rzemień. Z dość długich gałązek zaczął wyrabiać strzały, zbrojąc je w groty z ostrych kawałków krzemienia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to takiego, bo u nas na południu, była to broń zupełnie nieznana. Jednak kiedy wykonał łuk i strzały, byłam nimi zafascynowana. Podobało mi się, że można z dużej odległości, trafić w cel. Pomyślałam, że gdybym potrafiła się posługiwać taką bronią, byłabym w stanie obronić się przed drapieżnikiem, czy innym napastnikiem, ale także zapewnić sobie pożywienie. Nawet wtedy, gdybym straciła swojego samca. Rag nie wzbraniał się przed nauczeniem nas, jak posługiwać się łukiem, bo miał świadomość, jak nieliczne jest nasze stadko. Pomimo, że nasz samiec był wielki, to w starciu z liczniejszą gromadą, byliśmy bez szans. Dlatego zaczęłyśmy ćwiczyć strzelanie z łuku, ale także nauczyłyśmy się wyrabiać strzały. Po pierwszych nieporadnych próbach trafienia w drzewo, wreszcie zaczęły się celne strzały. W miarę upływu czasu, zaczęłyśmy trafiać w coraz odleglejsze cele.
     Gdy upolowałam pierwszego zająca, z wrażenia nie mogłam zasnąć w nocy. Wierciłam się na swojej gałęzi, aż w końcu zrezygnowana, zeszłam z drzewa, by rozpalić dogasające ognisko. Wciąż przed oczami miałam pędzącego zwierzaka, którego kierunek biegu był nieprzewidywalny. A jednak posłałam strzałę z wyprzedzeniem w miejsce, gdzie po chwili pojawił się zwierzak. Padł, jak rażony piorunem. Jego ogryzione kosteczki leżały na skraju ogniska. Mieliśmy dziś prawdziwą ucztę. I to dzięki mojej wytrwałości w ćwiczeniach. Byłam dobra. Miałam ambicję, we wszystkim być tak dobra. Popatrzyłam na śpiącego na najniższej gałęzi Raga. Zawsze spał najniżej, aby nas bronić w razie potrzeby. Siedział oparty o pień, jedną nogę miał na gałęzi, a druga zwisała swobodnie. A trzecia? Trzecia sterczała dumnie, podrygując lekko. Ucieszył mnie ten widok! Ciągle nie miałam go dość!  
     Podeszłam do drzewa – miałam go tuż przed twarzą. Chciałam podziękować za naukę łucznictwa, a jedyne co mi przyszło do głowy, to sprawić mu radość we śnie. Polizałam delikatnie woreczek obkurczony na bladym trzonie, przesunęłam językiem od dołu do góry, i jeszcze raz, i jeszcze raz. Potem złapałam dłonią twardy człon i przechyliłam w swoją stronę. Miałam go wycelowanego prosto w usta. Otoczyłam go wargami, okrążając językiem owalną dziurkę na jego czubku. Słona kropla podkręciła moje podniecenie i chęć zaspokojenia kochanego samca. Zaczęłam wsuwać i wysuwać, gładką, gorącą i twardą maczugę, najgłębiej jak tylko się dało. Gdy przełykałam ślinę, przełknęłam także głowę węża. Kiedy usta dotknęły podbrzusza, uświadomiłam sobie, że cały chędożnik znalazł się w moim przełyku. Cofnęłam się, wysuwając go z siebie, ale zaintrygowana swoim odkryciem, ponowiłam połykanie. Znów zmieściłam go w sobie całego!  
     Zaczęłam go rytmicznie połykać, w przerwach łapiąc oddech. Trwało to dłuższą chwilę, lecz było trochę męczące, więc zajęłam się już tylko pieszczeniem samej główki. Wkrótce poczułam, jak napięty do granic możliwości chędożnik, napręża się jeszcze bardziej i pulsując wypełnia moją buzię mleczkiem. Połknęłam wszystko, bo przecież byłam karmiona takim mleczkiem jeszcze w łonie matki, a później z jej piersi, więc nie widziałam żadnego powodu, by mogło być inaczej. Jeszcze chwilę wylizywałam do czysta, mięknącego węża Raga, nie skupiając się na samej główce, ale równo traktując całość, łącznie z orzeszkiem i pokrywającym go woreczkiem. Poczułam dłoń głaszczącą mnie po głowie. To przebudzony Rag wyraził swoją akceptację dla moich poczynań. Cieszyłam się, że mu się spodobało.
     Rag nie wiedział, że zrobiłam to z wdzięczności za naukę i czuł się w obowiązku wypełnić swoją samczą powinność. Tylko czym miał to zrobić, skoro dopiero opróżniłam jego zasobnik na mleko? A przecież wieczorem też nie próżnował, chędożąc nas wszystkie w dość krótkich odstępach czasu. Przymusił mnie do przyjęcia pozycji kopulacyjnej, na czworaka, lecz mając wyssanego węża, do chędożenia użył palców. Poczułam dwa wślizgujące się w moją norkę i naśladujące ruchy chędożnika. Złapałam jego dłoń i naprowadziłam na twardy punkt, który doprowadza samice do cudownego omdlenia. Pokazałam, jak ma nimi poruszać, aby dać mi szczęście. Robił to cierpliwie, a ja zaczęłam pojękiwać, kręcić dupką i oczekiwać zbliżającego się finału. Moje jęki usztywniły w końcu jego młodą pałkę, więc rozepchnął nią moje wargi i wśliznął się do gorącego wnętrza. Chędożył mnie tak długo i wytrwale, że dwa razy mdlałam z rozkoszy, zanim napełnił moje naczynie kolejną porcją mleka. Padłam na trawę, a on zwalił się na mnie całym swoim ciężarem. Czułam się świetnie. Dobrze było tak leżeć pod swoim samcem, czuć szybkie bicie serca, pierś unoszoną spokojnym oddechem, ciepło futra pokrywającego jego skórę. Czuć się bezpiecznie. Zasnęliśmy wtuleni w siebie. Kiedy się obudziłam rano, pozostałe dwie samiczki także leżały przytulone do nas. Na drzewie doskwierała im samotność.

0bi1

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka, użył 2933 słów i 16381 znaków.

Dodaj komentarz